piątek, 16 października 2015

"Zaginiona dziewczyna" Gillian Flynn, czyli (nie) oceniaj po okładce

Czy książkę można czytać dwa miesiące?  Okazuje się,  że można! Jak się ma dziecko.
Ale muszę dodać szczerze, że książka wcale nie była tak wciągająca,  że nie mogłam się oderwać.  
Dobra, każdy normalny przestałby czytać nudną książkę szybciej niż po dwóch miesiącach, ale... książka była podzielona na niedługie części, dzięki czemu czytałam w locie, kiedy Dzieć oderwał się ode mnie na moment.



Książka jest podzielona na trzy części... a rozkręca się i wciąga dopiero w okolicach 375 strony. 
cóż, taka jest prawda....

W piątą rocznicę ślubu Żona znika, podejrzany o (prawdopodobnie) morderstwo jest oczywiście Mąż. Pierwsza część w sposób tendencyjny opisuje wydarzenia po zniknięciu Żony i zachowanie Męża - dość dziwne. To co opisuje Mąż przeplata się z wpisami z pamiętnika zaginionej Żony. Początkowo był to dla mnie problem, że jej wpisy opatrzone są datami, a jego ilością czasu po zaginięciu, bo nie potrafiłam rozgryźć odstępu czasowego między wydarzeniami. Jednak okazało się, że nie miało to większego znaczenia, no dobra, żadnego znaczenia to nie miało.  
A jak już na 375 stronie okazało się mniej więcej o co chodzi to już potem nie mogłam przestać czytać. Szaleństwo!

Ale przyznaję bez bicia, że przez pierwsze 374 strony klęłam jak szewc, że jakiś idiota napisał na okładce BESTSELLER! a książka nudna jak flaki z olejem. Ok, reklama dźwignią handlu, byłam pewna, że ktoś przed premierą zrobił jakąś genialną reklamę, więc ludzie obsesyjnie książkę kupili, a potem nie dali rady jej przeczytać.

otóż, zwracam honor! Książka jest świetna, podziwiam ludzi, którzy potrafią opisać tak skomplikowane historie! rewelacja. RE WE LAC JA!

naprawdę polecam!


ja czytałam poniższe wydanie, okładka mnie przyciągnęła...


tłumaczenie
Magdalena Koziej
tytuł oryginału
Gone Girl
liczba stron                                                                                                                  652

WSZYSTKIE ZDJĘCIA Z STRONY LUBIMYCZYTAĆ.PL

właśnie się dowiedziałam, że jest i film... może znajdę czas by zobaczyć :)

A Wy, co ostatnio ciekawego czytaliście?

czwartek, 24 września 2015

jak poznać kogoś na odludziu....

Od trzech lat nie pracuję. Od dwóch mieszkam na peryferiach miasta. Od prawie roku wychowuje syna.




Właśnie wróciłam ze spaceru, przez ponad godzinę nie spotkałam NIKOGO. Z powodu wypadku panicznie boję się samochodów, ale tutaj nie ma chodników, więc zmuszona jestem spacerować po ulicach. Czasami kierowca łaskawie zwolni przejeżdżając obok. Ale żeby ani jednej osoby?! No, jedna staruszka zmierzająca do kościoła. Mało jej nie uściskałam z radości, że jednak ludzkość jeszcze nie wyginęła!
Spacery z Dzieciem są teraz całkiem ciekawe, nie śpi już, tylko rozgląda się i komentuje na swój sposób to co widzi, więc i matka gada jak nakręcona. Teraz Dzieć śpi przed domem w wózku, a matka stuka w klawiaturę by wyżalić się, że nie do końca zachwyca ją to, co ma.
A ma fajnie. Dom. Ogródek. Duża altana. Oczko wodne. Może nie jest jak w filmach, ale mam ciszę i spokój. I właśnie ta cisza i spokókj tak bardzo mnie dobija. Nie znam tu nikogo. Dwóch sąsiadów odpowiada na moje dzień dobry, ale są w wieku moich dziadków, więc to słabe towarzystwo. Chciałabym poznać jakąś matkę z dzieckiem, towarzysza na spacery, kogoś dorosłego do pogadania i małego dla mojego Dziecia do wspólnej zabawy. A tu nic. Wydawać by się mogło, że nikt w moim wieku tu nie mieszka! a to chyba nieprawda, bo domy wyrastają jak grzyby po deszczu. Czyżby NIKT z dzieckiem i koło trzydziestki?! To statystycznie niemożliwe.
A ja widzę, że Dzieć coraz bardziej potrzebuje towarzystwa, nie takiego leżącego, ale przynajmniej raczkującego, a nikogo takiego nie znam. Po ostatniej wycieczce do koleżanki wróciłam taka naładowana pozytywną enegią. Dzieć bawił się z jej Synem, rok starszym, ale to znośna różnica wieku. Może bawił się to za dużo powiedziane, ale wspólnie szaleli w stercie zabawek. A to już coś. Matka wypiła kawę z dorosłym ludziem, przy okazji pochłonęła sporo informacji dzieciowych, a także garść przepisów i wszyscy byli szczęśliwi. Tylko co z tego, skoro po czterech dniach znowu czuję się jak intruz albo więzień własnego domu.
Muszę w końcu zrobić prawo jazdy, bo z mojego odludzia nie jeździ nawet autobus do centrum! wyobrażacie to sobie?! W ogóle jeżdżą dwa autobusy, do dwóch sąsiednich miast, ale to kursy wycieczkowe mające milion przystanków co dwie minuty!

poniedziałek, 21 września 2015

Tęsknoty. Jak to było przed byciem mamą...

Od kiedy mam dziecko kilka rzeczy się zmieniło... już pomijam fakt, że świat wywrócił się do góry nogami... ale za niektórymi rzeczami tęsknię.
Pierwsza myśl to te trzy poniżej:


#1 relaks w wannie

wiecie jak wyglądała moja kąpiel PRZED?
U rodziców jest wielgachna wanna, do tego piana, książka i totalny odlot! No ok, po półgodzinie zawsze ktoś zaczynał się dobijać do drzwi, ale co tam...
Gdy się wyprowadziłam wynajdywałam mężowi jakiś szalenie interesujący film lub mecz, a sama brałam książkę, kieliszek wina, duuużo piany, zapalałam świeczki. Dodatkowe elementy - wino i świece - miały wynagrodzić mi żart jakim jest nasza wanna. Jakiś idiota nazwał to wanną - dwa centymetry mniej i byłby to po prostu brodzik. To coś jest wielkości dziecięcej wanienki, mój Maluch niedługo będzie miał tam ciasno... kilka kąpieli zajęło mi opracowanie taktyki by się tam zrelaksować, ale się udało.

Jak wygląda moja kąpiel PO?
Mikrowanna nie urosła ani o centymetr. Za to ja się kąpię o 18.50 i trwa to 10 minut, bo tylko tyle mam szansę wysępić, potem mąż wychodzi do pracy. Miejsce świeczek aktualnie zajmują rybki, krabiki, krokodylki i inne wodne cuda mojego syna. Na czytanie jakoś nie ma miejsca, zresztą jestem tak zakręcona, że czasem zapominam, że miałam umyć włosy.
Tak, to właśnie jeden z uroków posiadania dziecka.

#2 spanie (chciałoby się napisać do południa)

Mój Dzieć ma 10,5 miesiąca, mniej więcej od połowy ciąży miałam problemy ze snem, a więc od prawie 15 miesięcy nie śpię jak człowiek. A nawet jak już zasnę - inne mamy potwierdzą - śpię na czujce i każdy ruch i westchnienie Dziecia wyrywa mnie z tej drzemki. Dzieć uwielbia zegarki, pokazuje palcem, nazywa TIK TIK, ale nie zna się na nim, więc nijak nie umiem mu wyjaśnić, że 6 rano to nie jest pora kiedy się wstaje. To czas kiedy trzeba odwrócić dupkę na druga stronę i spać dalej. Jakieś 3 godzinki.
Każdy dzień kiedy pobudkę mam o 8.00 albo chociaż o 7.00 świętuję!

#3 Mam małe marzenia...

...ale za to jest ich wiele!
Przykład? Proszę: seans w kinie, rozmowa z dorosłym ludziem, wyjście do sklepu (samotne), alkohol!!!, zjedzenie obiadu kiedy jest jeszcze ciepły,
no i za moją połówką łóżka bardzo tęsknie...
mąż zażarcie broni swojej połowy, Dzieć się rozpycha i kocha spać w poprzek, a ja biedna wiszę właściwie tylko siłą woli mieszcząc kawałek siebie na powierzchni łóżka...


A jak jest u Was? Za czym tęsknicie?

czwartek, 17 września 2015

Drugie urodzinki w piłkarskim stylu!

Nie, moje dziecko nie skończyło jeszcze roku. I nie, nie zaczęłam planować jego urodzin z takim wyprzedzeniem... 

Ale będąc w trakcie przygotowań do Disney'owskich urodzin Malucha podczas rozmowy z koleżanką na tematy różne ustaliłyśmy, że ona ze stroną kulinarną problemów nie ma, ale ozdoby.... o, to nie jej dziedzina. Cóż, moja może też nie do końca, ale potraktowałam to jako wyzwanie. Bo w końcu przygotowanie roczka, dla dziecka, które niewiele rozumie z tego co się dzieje to nic w porównaniu z dwulatkiem, który ma już pewne preferencje. 

Wymusiłam więc na zainteresowanych szybką decyzję: wodny świat czy piłka nożna?

I zaczęłam szaleństwo piłkarskie.

Do urodzin jeszcze trochę czasu, więc na relację i opinię solenizanta muszę poczekać. Ale pochwalić się efektami pracy mogę już teraz - mam nadzieję, że Michaś nie czytuje blogów i niespodzianka się uda!
Wiadomo, nie są to dzieła rodem z craftroom'ów scraperek, ale mam nadzieję, że choć troszkę się spodobają.

Tort będzie boiskiem piłkarskim, więc dorobiłam troszkę piłek do babeczek. 
Pikery do muffinek wyglądają tak:



Michaś podobno uwielbia soczki ze słomką, więc i słomki piłkarskie mu sprawiłam. I dla reszty gości również, żeby im smutno nie było i nie podkradali Michasiowi...

Do tego obrączki na serwetki z koszulkami sędziowskimi. A co! Niech ktoś pilnuje porządku na imprezie, żeby fauli nie było!


I najważniejsze: girlanda!





Jak sądzicie, spodoba się?

piątek, 11 września 2015

Jak świętować roczek? I czy w ogóle warto...?

Niedługo i mnie czeka świętowanie pierwszych urodzin Malucha. Na wielu blogach piszecie o tym wydarzeniu, znalazłam masę list prezentów, ale w sumie znalazłam tylko jeden odpowiedni dla nas... 
także szukam dalej. 

Ale nie o tym chciałam, chodzi o to, czy jest sens organizować huczny roczek? 
Wiadomo, jest to impreza dla dorosłych, bo przecież Maluch niewiele z tego ma... między innymi z tego powodu ten pomysł spotyka się z krytyką...
Zastanawiałam się nad tym tylko chwilę, bo przecież swoje urodziny świętuję, więc czemu jego miałabym pominąć? Zresztą, nie oszukujmy się, rodzinka i tak by się zjechała - wychodzą z założenia, że na urodziny się nie zaprasza, tylko każdy kto pamięta może nas odwiedzić - i racja!
Zresztą, postanowiłam, że 

KAŻDE URODZINY MOJEGO SYNA BĘDĄ WYJĄTKOWE

U nas sytuacja jest taka, że Maluch urodził się 1 listopada - średnio ciekawa data - dlatego postanowiłam, że wszystkie jego urodziny będą wyjątkowe. Takie, żeby inni przez okrągły rok o nich gadali, a wszystkie dzieciaki w okolicy mu zazdrościły. 

Zobaczymy czy się uda...

1. Planuję zrobić milion zdjęć, by Maluch miał pamiątkę za jakiś czas. 
2. Zaznaczymy jego wzrost na ścianie.
3. Zrobimy mu zdjęcie z ulubionym misiem.

i będziemy to powtarzać co roku!


Motywem przewodnim będzie Myszka Miki.
Już szaleję... robię zaproszenia, girlandy, planuję słodki bufet.

Początki wyglądają tak:

trzymajcie kciuki...

a jak wyglądały roczki Waszych pociech?
Może doradzicie mi jakie prezenty się sprawdzają dla takiego malca?

wtorek, 8 września 2015

bransoletkowe love


Bransoletki wciągnęły mnie tak bardzo, że przez jakiś czas nic innego nie robiłam. 
Niektóre doczekały się naszyjników do kompletu, jeszcze tylko na kolczyki nie znalazłam sposobu. 
I nie spieszy mi się, bo kolczyki wyjątkowo kuszące są dla mojego synka, także mogłabym stracić uszy... 

Niektórymi jednak muszę się Wam pochwalić...
















A teraz zakopana jestem po uszy w Myszce Miki. 
Ale na razie to tajemnica... choć może jej rąbka uchylę już niebawem, niech no tylko dorwę drukarkę i skończę kilka rzeczy...



wtorek, 1 września 2015

Mąż i Żona - poweselnie o prezencie


Wesele wesele, hej! ale była zabawa... co prawda nie obyło się bez przygód, ale samo wesele - cudeńko! Co prawda matka i ojciec dość szybko zorientowali się, że powinni poćwiczyć przed taką imprezą, bo na dłuuugo przed północą oczy zaczęły się kleić... 

Dwie godziny poszalał z nami Maluch, ale potem grzecznie padł, a rodzice wrócili na imprezę... 
wytrwaliśmy do 1.30, czyli nieźle, ale zabawa trwała do piątej - więc ogólnie jednak dość słabo ;)
Pan Mąż narzekał na ciasne buty, więc potańczyłam ze szwagrem, przy czym mało nie wyzionęłam ducha! 
Ale miło było posiedzieć ze znajomymi, z dorosłymi, zjeść w spokoju ciepły posiłek - jak to brzmi! przez chwilę być sobą, a nie mamą na pełen etat. 

Młodzi nie chcieli prezentów, więc wymyśliłam, że ozdobię im tubę na wino, i zrobię kartkę, ale oczywiście ani jednego ani drugiego w końcu nie zdążyłam zrobić...
jednak korzystając z tego, że robiłam dla męża wielgachny kubek na kawę w prezencie rocznicowym, postanowiłam ozdobić komplet filiżanek dla Młodych.

Cóż, nie umiałam wybrać jednego zdjęcia, więc wrzucam kilka...

od razu zaznaczę, że to mój debiut, więc może nie wyszło rewelacyjnie, ale się starałam...











Follow my blog with Bloglovin

czwartek, 20 sierpnia 2015

Mój pierwszy raz! bez dziecka...



Moje dziecko ma prawie 10 miesięcy, do tej pory rozstawaliśmy się na godzinkę, dwie, kiedy ja byłam na zakupach, na rehabilitacji czy u dentysty. Ale zostawić go na dłużej?! o nie! 
Maluch zostawał z moją mamą lub babcią, one zachwycone wnukiem, on zachwycony, że mu więcej wolno. Ja ze spokojnym sumieniem spokojnie mogłam skupić się na tym, co miałam załatwić. 
I wszyscy byli szczęśliwi...

Zanim Maluch się urodził moi teściowie deklarowali pomoc, wsparcie, zachwyt wnukiem, ah niech tylko się urodzi, a oni natychmiast porwą go w ramiona, a ja po nakarmieniu będę mogła gdzieś sobie wyskoczyć. Bo oni z największą przyjemnością zajmą się wnukiem.... Nie żebym ślepo w to wierzyła, ale spodziewałam się, że jedni i drudzy dziadkowie będą konkurować o czas spędzany z Maluchem... 

Maluch się urodził, a ja usłyszałam od teściowej "no, jeszcze trochę a będzie z dziadkiem szalał... w szachy go nauczy grać, w Piotrusia pograją, będą się na dywanie tu bawić"... w szachy?! w piotrusia?! miesięczne dziecko...? hmmm i wtedy do mnie dotarło, że na nich będę mogła liczyć za kilka lat... "jeszcze ze dwa lata i będzie u nas na noc zostawał, a wy na imprezę sobie pójdziecie" rewelacja! za dwa lata przy takiej częstotliwości odwiedzin (jakieś 4 razy w tym chrzciny! a mają jakieś 25km do nas) to za dwa lata on będzie co najwyżej mówił im dzień dobry jak sąsiadom spotykanym na ulicy... 

Moja mama 3 razy w tygodniu po pracy przyjeżdża do wnuka, dzwoni codziennie i gada do niemej słuchawki ciesząc się z każdego "O!" a po teściach ani widu ani słychu... 

I nadszedł ten moment... zostaliśmy zaproszeni na wesele, w sierpniu, w rodzinnym mieście męża. Myśl była jedna - Maluch zostanie u dziadków - wtedy jeszcze się łudziłam, że się zaangażują... Poinformowaliśmy ich o tym z trzymiesięcznym wyprzedzeniem przekonani, że zrozumieją, że dwa dni z dzieckiem to jednak wyzwanie i wcześniej postanowią go ze sobą oswoić. Bo w czerwcu to Mały płakał na widok dziadka (bo jeszcze nie umiał uciekać - teraz już potrafi!)...

Od czerwca dziadkowie nas nie odwiedzili, my byliśmy tam może raz, bo inne terminy im nie odpowiadały. Na początku sierpnia nadszedł czas urlopu teściowej. "Ah, teraz w końcu trochę wolnego, nigdzie nie jedziemy to wpadnę do Was na dwa dni, zajmę się Maluchem, a Ty sobie odpoczniesz... " super, od razu zaznaczyłam, że na początku jej urlopu, bo potem mam rehabilitację i zabieram ze sobą Malucha. "tak, tak, w poniedziałek przyjadę, albo we wtorek" 
Znacie tę ulgę, kiedy dociera do Was, że obawy były niesłuszne...? Teściowa ciężko pracuje, nie ma sił po pracy, albo przed nią przyjeżdżać do wnuka, ale ma urlop i teraz nadrobi zaległości... i jaka ja okropna byłam, że myślałam, że im nie zależy, że olewają... po prostu nie mieli możliwości... kochają wnuka i skorzystają z każdej okazji by jednak nieco czasu z nim spędzić... Czekałam na ten poniedziałek jak głupia, podekscytowana, że nareszcie syn oswoi się i z drugimi dziadkami...

tak, i to by było na tyle, bo w niedziele rano teściowie wyjechali na urlop. Przez dwa tygodnie raz do mnie zadzwonili. Nie, nie żeby zapytać o wnuka, żeby się pochwalić wakacjami... 
W sobotę jest wesele, a ja panicznie boję się zostawić im dziecko! Obcym ludziom! Ludziom, których moje dziecko się boi i ma prawo się bać! Mąż jest obrażony, wściekły i mamy nowy temat do kłótni - dobrze, zadzwonię do nich i powiem, że nie odwiedzali wnuka, więc za karę nie dostaną go pod opiekę jak my pójdziemy na wesele! Albo najlepiej idź sama a ja zostanę z synem!

Co robić? Co robić?! Wiem, że nie mam wyjścia, ale coś czuję, że umrę na tym weselu... a chciałabym, żeby moje pierwsze od dawna wyjście z mężem było udane. Chciałabym poszaleć na parkiecie, porozmawiać z dorosłymi ludźmi, zjeść jak człowiek w spokoju nie mając oczu dookoła głowy i nie wstając co chwila, żeby pobawić się z dzieckiem między jednym a drugim kęsem...

a jak u Was wyglądało pierwsze dłuższe rozstanie z dzieckiem? Jakieś rady dla spanikowanej matki wariatki? I jak delikatnie zostawić garść uwag i porad teściom, którzy nie chcą słuchać, bo sami wychowali trójkę dzieci...? pomóżcie!

wtorek, 11 sierpnia 2015

Przez 10 minut - zapraszam Was do wyzwania

"Przez 10 minut" Chiara Gamberale

Czy 10 minut to dużo czy mało? To na pewno pojęcie względne, 10 minut dziennie na coś, czego jeszcze nigdy nie robiliśmy? niewiele. Ale czy udałoby nam się wymyślić takich rzeczy 30? Takie zadanie dostała Chia i miała okazję przekonać się, że to wcale nie takie łatwe.
Sama nie wiem, czy podołałabym zadaniu, ale prawda jest taka, że lubię próbować nowych rzeczy... więc czemu nie.

Bohaterka w trudnej sytuacji życiowej, porzucona przez męża, w mieście którego nie lubi, zwolniona z pracy, w trakcie terapii. Niby nic ciekawego, a jednak każda strona książki zmusza do przemyśleń. Poruszająca, pouczająca, w prosty sposób mądra. Podzielona na 30 dni, a każdy pozwala bohaterce poznać lepiej siebie, ale również czytelnikowi daje możliwość przemyślenia własnego życia i zachowania.

Na pewno kiedyś spróbuję zabawy w 10 minut...



taki post napisałam na początku wakacji, ale nie doczekał się publikacji...
dziś pomyślałam, że nie ma sensu odwlekać tego w nieskończoność, bo jeśli nie teraz to kiedy spróbuję tej gry?
Postanowiłam, że zaproszę Was do zabawy... może ktoś dołączy do mnie i spróbuje przez 30 dni robić coś po raz pierwszy... ja mam nadzieję, że zmotywuje mnie to do działania rękodzielniczego, bo jest milion rzeczy, które chciałabym zrobić i ta lista rośnie a ja ciągle nic nie robię...



Proponuję zacząć 17 sierpnia i zakończyć 15 września, to dokładnie 30 dni.
Każdego dnia przez 10 minut - tu oczywiście panuje dowolność i jeśli wolisz godzinę to proszę bardzo, ale niech 10 minut to będzie nasze minimum... - należy robić coś, czego jeszcze nigdy się nie robiło. I nie chodzi tu o nic wielkiego... każdy drobiazg się liczy.
Zastanawiam się nad jeszcze jedną możliwością - 10 minut tylko dla siebie, bez dzieci, męża, chłopaka, telefonu. Przez 10 minut rób coś tylko dla siebie - pozwólmy sobie na takie odstępstwo najwyżej raz na tydzień!

Czy ktoś do mnie dołączy w tym wyzwaniu?
Jeśli tak - napisz o tym w komentarzu
a na bloga dodaj poniższe zdjęcie i zaproś do zabawy znajomych





Wybaczcie, to moje pierwsze wyzwanie... także darujcie wszystkie błędy, ale wytknijcie mi je koniecznie :)

środa, 5 sierpnia 2015

Pierwsze przymiarki...


Pewnie pomyślicie, że zwariowałam, ale od kilku lat tak właśnie wygląda mój sierpień - zaczynam kupować prezenty gwiazdkowe. Nie ma się z czego śmiać, odkąd wcześniej zaczynam o tym myśleć udaje mi się sporo zaoszczędzić, albo kupić droższe prezenty za mniejszą cenę - taką mieszczącą się w zakresie moich możliwości.

W sierpniu zaczynają się wyprzedaże i właśnie wtedy zaopatruję się na urodziny jakie czekają mnie w tej części roku oraz część prezentów pod choinkę. Być może to za wcześnie, ale wiecie, jaka to ulga, gdy na początku grudnia brakuje mi już tylko jednego czy dwóch prezentów, a nie wszystkich piętnastu?!
Dzięki temu w grudniu myślę już tylko o tym, jak ciekawie zapakować prezenty!

Na pierwszy rzut pójdą dzieci, już upolowałam troszkę ciuszków, teraz czas na zabawki :)
Jeśli chodzi o rodziców i dziadków już mam pomysł, kwestia zrealizowania i zamówienia.
 Bo już wcześniej, gdy wpadnie mi coś w oko, albo wymyślę coś idealnego zapisuję sobie, żeby nie zapomnieć przypadkiem, albo nie mieć problemu ze znalezieniem. 

Sprawdza się też pudełko, do którego wkładam rzeczy, które udało mi się upolować, szczególnie drobiazgi dla maluchów tam trzymam, wtedy gdy mam zamiar kogoś odwiedzić po prostu zaglądam do niego i wyciągam jakiś drobiazg. I skończyło się szybkie i nerwowe szukanie prezentów w ostatniej chwili. 

A jak jest u Was? Wolicie wszystko w ostatniej chwili, czy planujecie wszystko dużo wcześniej...?





***

Podobają mi się wpisy, które pokazują ciekawe miejsca w sieci, zastanawiam się nad stworzeniem takiego... choć nie wiem, czy mi to wyjdzie...
może temat prezentów to dobra opcja...

LinkWithin

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...